image/svg+xml image/svg+xml image/svg+xml image/svg+xml image/svg+xml
Przejdź do menuPrzejdź do głównej zawartościprzejdź do wyszukiwania

Jestem stęskniony. Rozmowa z Rafałem Nahornym

Krzysztof Mateusiak w rozmowie o powrocie ligi angielskiej z komentatorem, CANAL+ SPORT, Rafałem Nahornym.

O powrocie Jej Wysokości Premier League, meczach bez kibiców, plusach i minusach sezonu, wyleczonych kontuzjach i Fantasy Premier League – rozmawiamy z Rafałem Nahornym, specem od futbolu na Wyspach Brytyjskich i komentatorem CANAL+.

- Rozmawiamy na kilka dni przed restartem Premier League. Liczyłeś dni przymusowej pauzy?

- Wiem, że pomiędzy ostatnim spotkaniem, 9 marca, to był mecz Leicester – Aston Villa, a gospodarze wygrali 4:0, do wznowienia rozgrywek upłynie dokładnie 100 dni. Zaczynamy od zaległych spotkań, Aston Villa – Sheffield United i Manchester City – Arsenal, a 30. kolejka rozpocznie się już w weekend 20 czerwca.

- Piłkarze podczas kwarantanny trenowali na sucho w domach, a jak wyglądało życie komentatora, kiedy nie mógł komentować meczów. Jak podtrzymywał formę?

- CANAL+ dał w tym czasie abonentom szansę oglądania klasyków Premier League z ostatnich dwudziestu kliku lat i ja z niej skwapliwie skorzystałem. Meczów z sezonu 2019/20 po raz drugi jeszcze nie oglądałem, czekając na grafik, czyli spotkania, które zostaną mi przydzielone do skomentowania w najbliższych tygodniach. Wówczas zdecyduję, co – pod kątem przygotowań do pracy – obejrzeć z meczów rozegranych w lutym, styczniu a nawet w grudniu. Natomiast chętnie sięgałem do archiwów, oglądałem najciekawsze mecze finałów Pucharu Anglii, najciekawsze mecze angielskiej ekstraklasy z ostatniego ćwierćwiecza i oczywiście z chęcią wertowałem prasę, ale ile można czytać o tym jak koronawirus wpływa na piłkarzy i ich wynagrodzenie; wolałbym w tym czasie oglądać bramki, czytać wywiady z piłkarzami i menedżerami na tematy sportowe, a nie epidemiologiczne.

- Liga angielska wraca późno, w stosunku do Bundesligi i naszej ekstraklasy. Nie obawiałeś się, że Anglicy idąc śladami Francji czy krajów Beneluksu zakończą sezon?

- Oczywiście miałem obawy, zresztą nie wszyscy do tej pory są przekonani do tego, żeby rozgrywki wznawiać. Na szczęście dla kibiców, zdecydowana większość piłkarzy i menedżerów chce dokończyć sezon. Oczywiście ważne jest tło finansowe, angielską ekstraklasę ogląda cały świat, za tym idą ogromne pieniądze z tytułu praw telewizyjnych. Także kibice są złaknieni piłki po tej długotrwałej kwarantannie, większość z nich dzielnie zostawała w domach, a więc cierpiała, nie mogąc korzystać ze swojej ukochanej rozrywki.

- Wyniki we wznowionej Bundeslidze i naszej PKO BP Ekstraklasie bywały zaskakujące. Z jednym wyjątkiem: kto był dobry wcześniej, nadal jest dobry, tak jak Bayern czy Legia. Liverpool mając tak olbrzymią przewagę jest w stanie utrzymać zwycięską passę, czy jednak jakieś rozprężenie może się pojawić?

- Forma wszystkich 20 klubów jest wielką niewiadomą. Fakt wielkiej przewagi Liverpoolu nakazuje wręcz widzieć w nim bitego faworyta w walce o tytuł. Niektórzy twierdzą, że nawet w pierwszym meczu po powrocie, w derbach z Evertonem, The Reds mogą sięgnąć mistrzostwo Anglii. Potrzebują do tego porażki Manchesteru City z Arsenalem już w najbliższą środę i triumfu w derbach nad Toffees cztery dni później na Goodison Park. Ciekawe, jak będą prezentowały się poszczególne drużyny; są piłkarze którzy myśleli, że ze względu na kontuzje mają już sezon z głowy, a przez trzy miesiące zdążyli się wyleczyć i teraz mogą pomóc swoim drużynom. Na przykład Jose Mourinho w Tottenhamie może znów myśleć o awansie do Top Four.  Wyzdrowieli: Harry Kane, Son, Moussa Sissoko. Nawet Steven Bergwijn, o którym mówiło się, że zobaczymy go na boisku dopiero w sierpniu, też jest już zdrowy.

- W związku z tym, że mecze będą bez kibiców, można mówić, że kluby stracą atut własnego boiska? Jak może to się przełożyć na wyniki?

- Często mówimy o kibicach jako o dwunastym zawodniku zespołu, natomiast to, co dzieje się po wznowieniu rozgrywek w Bundeslidze, nakazuje nam wstrzemięźliwość w mówieniu o tym, że własne boisko jest aż tak wielkim atutem. Procent zwycięstw gospodarzy w meczach bez udziału kibiców w Niemczech znacznie się zmniejszył w porównaniu z wynikami spotkań sprzed pandemii. Trudno przewidzieć jak będzie w Anglii, kluby protestowały przeciw meczom na neutralnych obiektach, chciały jednak korzystać z własnych boisk. Drużyny, zwłaszcza te znajdujące się w dole tabeli, liczą na to, że ich stadiony będą znaczącym walorem w walce o utrzymanie.

- Zastanawia przypadek Norwich, które nawet z kibicami na trybunach spisywało się przeciętnie. Czy ich brak nie będzie gwoździem do trumny, czyli spadku do Champiosnhip?

- Dwa pierwsze mecze Kanarki z Carrow Road zagrają u siebie, a ich kibice liczą na 6 punktów, które pozwolą uwierzyć piłkarzom w możliwość utrzymania się. Rzeczywiście, Norwich nawet ze wsparciem fanów radziło sobie przeciętnie, ale na wyjazdach zdobywało jeszcze mniej punktów. To właśnie dlatego właściciele tego klubu chcieli grać na własnym terenie. Przypomnę, że Kanarki mają do rozegrania u siebie aż 5 z 9 meczów. Przed wznowieniem rozgrywek niektóre drużyny zwiększyły też ilość treningów na głównych płytach na stadionach, piłkarze trenują w strojach meczowych. Wszystko po to, by zajęcia w jak największym stopniu przypominały warunki w jakich gra się o ligowe punkty.

- Powróżmy trochę z fusów. Kto zajmie czwarte miejsce, ostatnie dające możliwość gry w Lidze Mistrzów?

- To zagadka naprawdę trudna do rozwiązania. W najlepszej sytuacji jest Chelsea, ale apetyt na tę pozycję ma nawet znajdujący się dopiero na dziewiątym miejscu Arsenal. Kanonierzy mają do czwartej pozycji osiem punktów straty, ale musimy też pamiętać, że londyńczycy zagrają jeszcze jedno zaległe spotkanie. Poza tym wciąż nie wiemy, czy nawet 5. miejsce nie da awansu do Champions League. Ważą się bowiem losy wyrzuconego przez UEFA na dwa lata z europejskich pucharów Manchesteru City. Klub z Etihad odwołał się od tej decyzji do Trybunału Arbitrażowego d/s Sportu w Lozannie. Niewykluczone, że ostatecznego werdyktu nie poznamy przed końcem sezonu. Ogłoszą go w lipcu, a ten ma 31 dni, koniec ligi zaś zaplanowano na 26. tego miesiąca.

- Trzy największe plusy i pozytywne zaskoczenie bieżącego sezony według Rafała Nahornego?

- Pierwsza miła niespodzianka to Leicester City, drużyna, którą, owszem, wskazywano, że może zakręcić się wokół szóstego, siódmego miejsca. Lisy to dziś nie tylko Jamie Vardy, który może zostać najstarszym królem strzelców Premier League, to silny blok defensywny, który stworzył menedżer Brendan Rodgers, ze znakomitym Benem Chillwellem na czele; to już jest numer 1 na lewej obronie w kadrze Anglii. To druga linia, w której świetnie współpracują Ndidi z Tielemansem i Maddisonem.

 Trzeba też wspomnieć o beniaminku z Sheffield Utd, drużynie bez gwiazd, której latem nikt o głośnym nazwisku w nie wzmocnił. Trzeba pochwalić menedżera, Chrisa Wildera, że dał szanse zawodnikom, którzy pomogli awansować do ekstraklasy. Trzecim plusem była szczęśliwa menedżerska zmiana w Watford. Byłem przekonany, że Szerszenie nie mają już szans na utrzymanie. Javi Gracia i Quique Sanchez Flores nie zrobili wiele by tej drużynie pomóc. Nagle jednak włoscy właściciele klubu przypomnieli sobie, że można zatrudnić angielskiego menedżera. Sięgnięto po Nigela Pearsona i okazało się, że był to strzał w dziesiątkę.

Transferowym hitem i to niemal natychmiast stał się zakup Bruno Fernandesa ze Sportingu Lizbona do Manchesteru United. Z Portugalczykiem w składzie Czerwone Diabły jeszcze nie przegrały meczu. Śmiem twierdzić, że pandemia zatrzymała rozpędzony MU, który nie zaznał porażki w żadnym z ostatnich  jedenastu spotkań.

- Analogicznie pomówmy o negatywnych niespodziankach.

- Ogromnym rozczarowaniem jest postawa West Hamu. Myślałem, że pod wodzą Manuela Pellegriniego, który zdobywał mistrzostwo Anglii z Manchesterem City, Młoty będzie stać na coś więcej niż tylko walka o utrzymanie. Przecież w West Hamie mamy plejadę znakomitych piłkarzy i żadnym usprawiedliwieniem nie są kontuzje londyńczyków, no, może poza jedną, za to kluczową – Łukasza Fabiańskiego.

Także Tottenham możemy uznać za rozczarowanie, to jedyny zespół z tzw. Big Six, który w tym sezonie nie walczy już o żadne trofeum. Pech Spurs polegał też na pladze kontuzji, najpierw Kane, później Son i wobec tego ani Dele Alli, ani żaden z jego kolegów nie potrafili dźwignąć drużyny. W zespole Kogutów zawiedli na całej linii środkowi obrońcy, kiedyś Verthongena i Alderweirelda cała liga zazdrościła londyńczykom. Obaj się trochę zestarzeli, ale to nie jest usprawiedliwienie, bo akurat na tych pozycjach wiek 30-33 lata, to nie jest wiek zbyt zaawansowany.

Zawodzą też piłkarze Aston Villi. Jej menedżer i właściciele szukali ratunku w armii zaciężnej, legii cudzoziemskiej. Villa kupiła kilkunastu ludzi za ponad 100 milionów funtów, i może się przejechać na tych transferach jak Fulham przed rokiem, teraz The Villans zajmują przedostatnie miejsce w tabeli.

- Pochylmy się przez chwilę nad fenomenem Burnley. Technika i taktyka w Premier League poszły do przodu, a ekipa z Turf Moor nadal gra w starym, angielskim stylu i radzi sobie poprawnie.

- Sean Dyche, menedżer Burnley, preferuje taktykę kick & rush, dawny wyspiarski styl i nawet taka perełka jak Dwight McNeil musi się podporządkowywać temu sposobowi gry. Można mówić, że The Clarets to w ogóle jest wyspiarski zespół, bo obcokrajowców można tu policzyć na palcach jednej ręki – Nowozelandczyk Chris Wood, czeski rezerwowy Matej Vydra. Tam są praktycznie sami wyspiarze, bo nawet Islandczyk – Gudmundsson to przecież też wyspiarz… Drużyna ma bramkarza Nicka Pope’a, który awansował do reprezentacji Anglii, i w dwóch meczach w kadrze nie puścił gola; są dwaj środkowi obrońcy, moim zdaniem niedoceniani, a grający z ogromnym poświęceniem – James Tarkowski i Ben Mee. Jest wspomniany McNeil, którego prawdopodobnie ktoś latem kupi za duże pieniądze. Jestem też mile rozczarowany, że spośród napastników Burnley gole strzelają nie tylko Barnes i Wood, ale także wchodzący z ławki Rodriguez i Vydra.

- I jeszcze wątek, ciekawy zwłaszcza dla kibiców, grających w Fantasy Premier League. Czy jest szansa, że znów zobaczymy drużynę Rafała Nahornego w FPL?

- Kiedy grałem w Fantasy Premier League, to sprawiało mi to dużą przyjemność, natomiast zauważyłem, że gdy komentowałem spotkania z udziałem piłkarzy, których miałem w swojej drużynie – ponosiły mnie emocje. Może nie w taki sposób, żeby polemizować na antenie z decyzjami arbitrów, na przykład przy nieuznanej bramce „mojego zawodnika”, ale czułem że może mieć to wpływ na mój komentarz. Zarzuciłem więc grę, ale nie wykluczam powrotu, to naprawdę sympatyczna zabawa. Moi koledzy – Andrzej Twarowski, Przemek Pełka czy Przemek Rudzki grają, i uważają, że to nie rzutuje na ich komentarz, nie przeszkadza im w pracy. Ja natomiast miałem wrażenie, że się za bardzo ekscytuję tym wszystkim ze względu na FPL i dlatego zrobiłem sobie przerwę. Ale z Fantasy Premier League nie pożegnałem się raz na zawsze.

- Na który mecz idziesz do dziupli na pierwszy ogień po powrocie Premier League?

- Zaczynam 17 czerwca od spotkania Manchester City – Arsenal. Już byłem nawet przygotowany do komentowania tego meczu w marcu, ale spotkanie w ostatniej chwili odwołano, po tym, jak okazało się, że kilku piłkarzy Kanonierów i ich menedżer mogą mieć koronawirusa. Wkrótce okazało się, że rzeczywiście Mikel Arteta zaraził się od właściciela Olympiakosu Pireus, z którym Arsenal mierzył się w Lidze Europy. Na szczęście szybko wyzdrowiał. Zatem do dwóch razy sztuka.

- Odczuwasz napięcie, emocje, po tak długim oczekiwaniu na restart?

- Juergen Klopp powiedział, że jak po dwumiesięcznej przerwie, szedł w połowie maja na pierwszy trening Liverpoolu, to czuł się jak uczeń, który po raz pierwszy w życiu idzie do szkoły. Taki był podekscytowany. Ja też tęskniłem i też czuję dreszczyk emocji.

 

Christophe Mateusiak