image/svg+xml image/svg+xml image/svg+xml image/svg+xml image/svg+xml
Przejdź do menuPrzejdź do głównej zawartościprzejdź do wyszukiwania

Rytuał rozstania

Słońce świeci nad szwedzką wioską, gdzie czas zatrzymał się wiele stuleci temu. Wszystko jest jasne, intensywne, promienne. Promienieją połacie zieleni, promienieją białe szaty, promienieją barwne kwietne wieńce. W tej scenerii, tak sielskiej, że aż surrealistycznej, rozgrywają się mroczne i przerażające zdarzenia. A to nie jedyny ironiczny akcent, jaki można znaleźć w wybitnie przewrotnym filmie Ariego Astera.

Akcja „Midsommar. W biały dzień”, nieco wbrew skandynawsko-letniemu tytułowi, rozpoczyna się w Stanach Zjednoczonych podczas zimy. Oto niestabilna psychicznie dziewczyna imieniem Dani (Florence Pugh) otrzymuje fatalną wiadomość: jej siostra popełniła samobójstwo przez zagazowanie się, przy okazji zabijając rodziców ich obu. To także zła nowina dla chłopaka Dani, luzaka i obiboka Christiana (Jack Reynor), który od dawna rozważał zerwanie, a teraz musi przyjąć obowiązki pocieszyciela. Relacje oparte na tak wypaczonych podstawach albo rozpadają się z hukiem, albo trwają długie, pełne udręki lata. W kinie, jak wiadomo, preferowane są szybsze i bardziej spektakularne rozwiązania.

Mija parę miesięcy i Christian wyrusza z kolegami na wycieczkę do położonej w Szwecji osady, której mieszkańcy kultywują pradawne zwyczaje; towarzyszy im Dani, posiadającą w męskim gronie zarazem status persona non grata i osoby specjalnej troski. Na miejscu mają odbyć się obchody letniego przesilenia. Kluczowe role przychodzi odegrać w nich Dani oraz Christianowi, zmanipulowanym przez zwodniczo przyjaznych gospodarzy. Podobnie jak w poprzednim, debiutanckim filmie Astera, „Dziedzictwie. Hereditary”, bohaterowie są marionetkami w rękach złowrogich sił; dodatkowo podkreśla to monotonny, transowy rytm narracji. Ale spisek, w który zostają wplatani, tak naprawdę stanowi groteskowe odbicie ich prywatnego uwikłania. Zaś finałowe sceny zdrady i zemsty przynoszą zamaszystą – choć opaczną – realizację skrywanych przez nich pragnień.

„Zła wredna, pierdolona planeta Ziemia, widziana z powietrza, z kosmosu, na odległość. Niebieska kula pokryta wszami i pierdoleniem. Podlana krwią. Planeta żuchw i pasożytów, planeta diabłów, diabelska planeta. Jedynym kinem słusznym, przenikliwym, poetyckim jest horror” – ów cytat z „Nocnika” Andrzeja Żuławskiego mógłby posłużyć za motto Astera, a także za motto nowej fali filmów grozy, której twórca „Dziedzictwa…” oraz „Midsommar…” jest prominentnym, prawdopodobnie najzdolniejszym przedstawicielem. W nurcie tym, nazywanym niekiedy art-horrorem, gatunek stanowi nie cel, lecz środek; metaforę, przy pomocy której opowiada się o tym, o czym standardowe horrory mówią zaledwie mimochodem: o okrutnym losie, wrogim świecie czy ciemnej stronie ludzkiej natury.

W swoim drugim filmie Aster używa horroru w służbie kina arthouse’owego, ale też bawi się nim, wywraca go na lewą stronę. „Midsommar…” to negatyw bardziej konwencjonalnego „Dziedzictwa…”. Mroki nocy zastępuje tutaj długi północny dzień, a okultystyczne obrzędy teatrzyk rodem z wiejskiego festynu. Całość jest kuriozalna, niedorzeczna i w pewnym sensie śmieszna. Komizm, jakim nacechowane są kolejne ekranowe zdarzenia, nie niesie rozluźnienia, wręcz przeciwnie: potęguje odbiorczy dyskomfort. Ma w sobie coś zimnego i złośliwego, pobrzmiewa mizantropią. Dla cynicznie usposobionego Astera ludzka egzystencja jest w tym samym stopniu horrorem, co komedią.
 

Piotr Mirski

Film "Midsommar. W biały dzień" jest dostępny w naszym serwisie