Przejdź do menuPrzejdź do głównej zawartościprzejdź do wyszukiwania

W marcu jak w garncu. Marcin Rosłoń o sytuacji w Premier League

W grudniu Michail Antonio, napastnik West Hamu, spowodował kolizję, kierując autem, przebrany za bałwana.
Opublikowany przez Maciej Zaręba 2 kwiecień 2020

Znikoma szkodliwość czynu, w sumie to nawet po czasie niezły ubaw, bo nikomu nic się nie stało. W marcu Jack Grealish, gwiazdka Aston Villi, nie potrzebował stroju bałwana, gdy poobijał po imprezie kilka samochodów. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, ot, kolejny wybryk piłkarza, który przeleje za naprawy kilkadziesiąt tysięcy funtów, lecz chwilę wcześniej kapitan The Villans z pełną powagą i (nie)odpowiedzialnością przekazywał swoim fanom: #stayathome. Zamiast ratować przykładem swoje Gotham, ruszył na balangę i w okamgnieniu z Batmana przemienił się w bałwana.

W poniedziałkowym magazynie Dobry Wieczór Sport wreszcie mogliśmy pogadać na żywo o Premier League. Zaczęliśmy właśnie od gorącej sprawy Grealisha, która może wpłynąć na jego karierę. To oczywiście zmartwienie 24-latka, kwestia tego kim chce w futbolu zostać i ile w nim znaczyć. Talent wielki, stylówka też, jak bohater z innej epoki z nisko opuszczonymi getrami, fryzurą z przedziałkiem ja przystało na playmakera z lat 80. i 90., ale przede wszystkim charyzma i wspaniałe umiejętności. Pozostaje pytanie czy to wystarczające papiery na grę w elicie Premier League, czy bycie tylko i aż królem własnego podwórka. Poza tym Grealish, mimo młodego wieku, to już facet po przejściach, który dostał i należycie wykorzystywał swoją kolejną szansę. Do teraz. Są sprawy w życiu, gdy piłka staje się rzeczą najważniejszą z najmniej ważnych. Teraz jesteśmy właśnie w takim momencie walki z pandemią koronawirusa. Jack Grealish został ukarany dyscyplinarnie przez swój klub.

Zawieszenie rozgrywek piłkarskich, zmiana rytmu i trybu pracy, wytracenie impetu całego świata, wprowadziło i mnie w pewien chaotyczny stan. Lubię tempo, wyzwania, wartką akcję, realizowanie dziennych zadań punkt po punkcie, emocje. Wyzwaniem jest bezsprzecznie nauczanie córki z IVa, tutaj emocji nie brakuje, zwłaszcza podczas matematyki. Sam nie byłem z matmy orłem, ale jakoś nam to idzie. Okazuje się, że ta matematyka jest całkiem fajna, bo gdy byłem w IV klasie, chciałem grać w piłkę, a nie liczyć nomen omen słupki. Najlepiej wychodzi nam rzecz jasna wuef, wiadomo. Gwizdek na szyję i ćwiczymy. Sytuacja jest wyjątkowa, więc działamy z lekcjami na miarę możliwości i zgodnie z instrukcjami z librusa.

Piłkarski świat stoi na skraju wielkich przemian, przynajmniej tak wydaje nam się teraz, w obliczu potężnego kryzysu gospodarczego. Federacje, kluby, sponsorzy, partnerzy, nadawcy, agenci piłkarscy, wreszcie sami zawodnicy siadają do rozmów na tematy finansowe. Najprościej żądać lub oczekiwać od piłkarzy – różne pewnie będą metody w dochodzeniu do tego samego celu – rezygnacji z lub zamrożenia części kontraktu na bliżej nieokreślony czas. I z jednej strony jest to zrozumiałe, z drugiej niezupełnie. Piłkarze nie mogą grać, bo siła wyższa, a to działa w obu kierunkach. Chcą, ale nie mogą. Dziwi mnie natomiast, że kluby po paru tygodniach wiedzą, że utoną w długach, że kontrakty zawodników pociągną ich na dno. Jedno jest pewne – to nie wina piłkarza, że ktoś zaproponował mu warunki, które w obliczu kryzysu kruszą klubowe fundamenty. To wina klubu, nierozważnej polityki transferowej, przeszacowania biznesplanu, braku finansowego zabezpieczeniu w przypadku recesji, zbyt dużych prowizji, etc. Nie znam się specjalnie na biznesie, sam w piłce ugrałem mistrzowską premię, która wystarczyła na średniej klasy auto osobowe dla żony, więc kokosów na futbolu nie zbiłem. Ale ponieważ nie lubię zaglądać do czyjegoś portfela, to nie stękałem, że kolega z tej samej szatni zarobił 5 razy więcej. Jego zysk, jego operatywność. Wiem, że świetnie opłacani, a nawet przepłacani piłkarze nie wymyślą szczepionki na koronawirusa, ale mogą dać światu nadzieję. Brzmi to z jednej strony infantylnie, ale dla setek milionów fanów i ludzi zatrudnionych w piłce nożnej zdecydowanie poważniej. Obejrzałem akurat serial „Angielska gra”, niezwykle wdzięczny, pięknie nakręcony, o początkach futbolu na Wyspach. Gra dla dżentelmenów, stała się pasją klasy robotniczej. Zderzenie dwóch światów, przepychu, suto zastawionych stołów, służby, manier, savoir-vivre’u z piszczącą biedą, ciężką harówką w przędzalni, kolejnymi cięciami płac. Jedna scena dobitnie potwierdza, że piłka nożna wróci, choć na razie nie wiemy w jakiej formule. Główny bohater, Fergus Suter, ściągnięty do Darwen przez szefa przędzalni na „zawodowy” kontrakt, widzi w miasteczku kwestujących mieszkańców. Ci zbierają co łaska na wyjazd drużyny pociągiem na mecz Pucharu Anglii. Suter, choć marzy o grze, sukcesie, karierze, czuje, że to nie jest odpowiedni moment, bo przecież płace znów poleciały w dół, a nie było już z czego urywać kolejnych 10%. Ludzie będą żyli na skraju ubóstwa. Suter ze szczerą troską mówi: Ludzie potrzebują tych pieniędzy. Kwestujący bez wahania: Ale potrzebują też futbolu.

Na razie machina transferowa impetu nie wytraca, kwota za Jadona Sancho kręci się koło 100 milionów funtów, a tygodniówka w okolicach 400 tysięcy funtów tygodniowo. Harry Kane, niby mimochodem, wypowiada się na temat swojej przyszłości w ukochanym klubie, Czerwone Diabły szukają trzech piłkarzy, którzy pozwolą im nawiązać walkę z Liverpoolem i Man City. Show must go on, nie tylko dlatego, że to kapitalna rozrywka, ale przede wszystkim potężny biznes, setki milionów miejsc pracy, miliardy niesamowitych emocji.

PS. Żal mi zdecydowanie fanów i piłkarzy Liverpoolu. Niezmiennie widzę spojrzenie starszego Pana, który siedział tuż za mną jeszcze na starej trybunie prasowej na Anfield w 2014 roku. Gdy po pięknym meczu The Reds pokonali City 3:2, staruszek klepnął mnie delikatnie w ramię i zapytał czy podaruję Mu wyjątkowy program meczowy. W pierwszej chwili grzecznie odpowiedziałem, że chcę zachować sobie na pamiątkę, ale kątem oka dostrzegłem chłopięcy zawód w oczach staruszka. Odwróciłem się energicznie, podałem Mu program, życzyłem zdrówka i do dziś mam w pamięci ten niepowtarzalny, niepodrabialny wyraz twarzy. Za to właśnie kocham piłkę nożną. Wiemy, jak zakończył się tamten sezon, teraz miała być wielka feta, spełnienie marzeń po 30 latach, ale wirus pisze na razie inny scenariusz. Liverpool był najlepszy i basta, ale to za mało, bo są przecież inne kluczowe rozstrzygnięcia w tabeli (miejsca pucharowe, spadki, awans z Championship). Dlatego czekam na dokończenie rozgrywek Premier League w każdej formule. Każdy obecnie analizowany scenariusz science fiction, jak skoszarowanie piłkarzy w jednym regionie Anglii, pasuje teraz jak ulał do naszej planety.

Marcin Rosłoń