Przejdź do menuPrzejdź do głównej zawartościprzejdź do wyszukiwania

Brighton: Specjaliści od remisów

Utrzymanie w Premier League zapewnili sobie trzy kolejki przed końcem sezonu. Nie na boisku, a przed telewizorami, oglądając majową porażkę Fulham z Burnley.

Bo właśnie wtedy stało się jasne, że Brighton Albion and Hove szczęśliwie uchroni się przed spadkiem. I kolejny sezon, będzie jego piątym z rzędu w najwyższej klasie rozgrywkowej, a przecież nigdy wcześniej tak długo w niej nie występowało.

Przed sezonem dość niespodziewanie „Mewy” z The Amex Stadium stały się – w pewnym sensie – polskim klubem. Niemal jednocześnie bowiem do klubu z południowej Anglii ściągnięto, za 10 i 5 milionów funtów, aż dwóch Polaków – Jakuba Modera z Lecha Poznań i Michała Karbownika z Legii Warszawa (kiedyś dostępu do bramki Brightonu bronił Tomasz Kuszczak). Wprawdzie od razu ich wypożyczono, ale już w styczniu obaj ponownie zameldowali się na Wyspach.

Na debiut nie czekali zbyt długo, bo zagrali w meczu III rundy Pucharu Anglii z Leicester (0:1), ale w Premier League występował już tylko Moder. W sumie w 12 meczach, w tym w 7 w podstawowym składzie. Najczęściej grał Polak na lewej pomocy -- oddał 13 strzałów, w tym 3 celne i zmarnował 1 dobrą okazję do zdobycia bramki (z Newcastle). Karbownikowi musiała – na razie – wystarczyć  obecność na ławce rezerwowych.

Piłkarze menedżera Graham Pottera rozpoczęli sezon dość pechowo. W meczach u siebie z Chelsea i Manchesterem United, choć napędzili faworytom sporo strachu, grali ładnie dla oka, kreowali okazje, strzelali, to zamiast sześciu punktów, nie zdobyli żadnego. No, ale skoro nie grzeszyli skutecznością i pudłowali nawet z kilku metrów… Tylko w jednym spotkaniu z „Czerwonymi Diabłami” piłka po ich strzałach aż pięć razy lądowała na słupku bądź poprzeczce!  A ponieważ stuprocentowych okazji nie wykorzystywali także w kolejnych meczach, więc przez ponad pół sezonu zajmowali miejsca – albo 17, albo 16, na którym ostatecznie zakończyli rozgrywki.

Najmniej zastrzeżeń wzbudzała gra w defensywie. Aż dwanaście zespołów w Premier League straciło więcej goli niż Brighton, a Pottera nie zawiódł trenerski nos, gdy dokonał zmiany w bramce i doświadczonego Matta Ryana zastąpił Robertem Sanchezem. Hiszpan swoimi brawurowymi interwencjami nie tylko wydatnie wpłynął na poprawę wyników zespołu, ale także sam awansował do reprezentacji na finały Euro.

Za to trudno w sposób jednoznaczny ocenić grę kapitana drużyny, środkowego obrońcy, Lewisa Dunka, bo wprawdzie strzelił aż pięć goli i dowodził defensywą „Mew” tak jak należy, ale dwie czerwone kartki  (w ubiegłym sezonie w Premier League tylko on obejrzał czerwony kartonik więcej niż raz!) nie wystawiają mu najlepszego świadectwa. Nie dawał też Dunk dobrego przykładu kolegom, bo piłkarzy z The Amex Stadium sędziowie wyrzucali z boiska najczęściej w Premier League – w sumie aż sześć razy.

A rekord pobiło też Brighton pod względem liczby uzyskanych remisów, bo dzieliło się punktami z rywalami aż czternaście razy.

Na skuteczną grę zespołu w obronie ogromny wpływ miał defensywny pomocnik Yves Bissouma. Malijczyk biegał od pola karnego do pola karnego, rozbijał akcje przeciwnika i inicjował ataki Brightonu. W ofensywie jednak „The Seagulls” prezentowali się korzystnie tylko do pewnego momentu – albo do ostatniego podania, albo do strzału na bramkę. Adam Lallana i Pascal Gross prezentowali zbyt duże wahania formy, a ich współpraca z napastnikami – Leandro Trossardem, Nealem Maupay i Dannym Welbeckiem układała się w miarę poprawnie, gdy do bramki rywala pozostało jeszcze około 30 metrów. Im było do niej bliżej, tym gorzej. Strzelano w jej kierunku za słabo, niecelnie, albo obrońcy umiejętnie blokowali uderzenia napastników Brightonu. Jeśli więc „Mewy” nie nauczą się skutecznie atakować, to na poprawę najlepszego, 12. miejsca w historii występów w najwyższej klasie rozgrywkowej, większych szans mieć nie będą.

RAFAŁ NAHORNY