Przejdź do menuPrzejdź do głównej zawartościprzejdź do wyszukiwania

O tenisie z Markiem Furjanem

Podsumowanie pierwszej części sezonu WTA, forma polskich zawodniczek, turniej w Miami, ale także początki jego miłości do tenisa. Z komentatorem CANAL+SPORT, Markiem Furjanem, rozmawiał Maciej Zaręba.
Opublikowany przez Maciej Zaręba 23 marzec 2021

Zanim zaczniemy rozmawiać o pierwszej części sezonu WTA, nadchodzącym turnieju w Miami, formie polskich zawodniczek, chciałem chwilę pogadać… o Tobie. Jaka historia kryje się za początkiem związku Marka Furjana z tenisem?

Sprawa była dość przypadkowa. Co roku spędzałem wakacje z rodzicami na Kaszubach w miejscowości Chmielno. Tam poznałem Sławka i Dominika, którzy interesowali się sportem. Właśnie ta grupa zaraziła mnie wieloma dyscyplinami – oczywiście zawsze lubiłem sport i się nim interesowałem, ale prawdziwą pasję do oglądania i śledzenia wyników, jeszcze na telegazecie, zaszczepili we mnie oni. W ośrodku znajdował się też kort tenisowy, chociaż częściej był wykorzystywany jako boisko do siatkówki. Dwóch kolegów z tej grupy trenowało piłkę nożną. Nawet występowali w młodzieżowych reprezentacjach Polski, ale niestety warunki fizyczne nie pozwoliły im na zrobienie dużej kariery. Zaczęli więc interesować się innymi dyscyplinami sportu. Pamiętam, że któregoś dnia pojechaliśmy z Chmielna małym busikiem do Sopotu na jeden z turniejów. Pennetta, Ivanović, Nadal, Monfils – takich zawodników można było wtedy spotkać nad Bałtykiem. Nie miałem wyboru, musiałem się w tenisie zakochać. Zacząłem pojawiać się na turniejach w Warszawie. Wówczas śledziłem już rozgrywki praktycznie codziennie. Któregoś dnia zaczepił mnie w szkole starszy o rok kolega, Piotrek Momot, który widział mnie na J&S Cup. Traf chciał, że ów kumpel zaczepił się w SportKlubie i szukał kogoś, kto chciałby spróbować swoich sił w komentowaniu tenisowych meczów. Polecił mnie i dostałem zaproszenie na przesłuchanie. Wtedy po raz pierwszy pojawiłem się w telewizji…

Pamiętasz swój premierowy mecz?

Tego nie da się zapomnieć, nawet gdyby się bardzo chciało (śmiech). Komentowałem razem ze wspomnianym wcześniej Piotrkiem. Turniej w Johannesburgu, chyba rozpoczęliśmy od meczu deblowego. Powiedzmy sobie szczerze – egzotyka. Mimo, że bywałem już na różnych turniejach, kompletnie nie wiedziałem jak się komentuje mecze. Myślę, że gdybym teraz to odsłuchał, na szczęście nie mam takiej możliwości, to bym się złapał za głowę. Ale to chyba całkiem normalne, każdy ma takie poczucie, kiedy robi coś po raz pierwszy. Tak to się wszystko zaczęło.

Kibicowałeś wówczas szczególnie któremuś zawodnikowi?

Na początku bardzo lubiłem Michaela Changa, później kochałem oglądać Jamesa Blake’a, podobnie jak Ty uwielbiałem Marata Safina. W Szwecji udało mi się nawet dostać na konferencję prasową Rosjanina, to był ostatni rok jego zawodowej kariery. Wszyscy wymienieni zawodnicy dodawali rozgrywkom kolorytu, byli niezwykle wyrazistymi postaciami. To było super pokolenie, fajnie, że niektórych jeszcze możemy oglądać na zawodowych kortach.

No właśnie, przejdźmy już do czasu teraźniejszego. W naszej rozmowie przede wszystkimi skupimy się na WTA. Turniej w Miami niejako zamknie nam pierwszą część sezonu. W ciągu tych trzech miesięcy, kto Cię pozytywnie zaskoczył, a po kim spodziewałeś się trochę więcej? Pewnie nie uciekniemy od nazwisk Garbine Muguruzy i Naomi Osaki.

No tak, te dwa nazwiska od razu przychodzą na myśl. Zresztą ich starcie w 4. rundzie Australian Open to z pewnością jeden z dwóch, trzech najlepszych meczów trwającego sezonu. Na pewno wymieniłbym, z takich mniej oczywistych nazwisk, Jessikę Pegulę oraz Darię Kasatkinę, która w tym roku zdołała już wygrać dwie imprezy cyklu WTA i awansowała o 30 pozycji w rankingu WTA. Świetnie ogląda się również występy Aryny Sabalenki. Jej mecze z Garbine Muguruzą z Doha i z Dubaju to były dwa znakomite widowiska. Totalna wymiana ciosów. Prędkości bardziej z rozgrywek ATP niż z WTA. Kilka zawodniczek grało też dużo mniej. Serena Williams rozegrała tylko turniej wielkoszlemowy i jedną imprezę przed Australian Open. Nie możemy też zapominać o finalistce z Melbourne, Jennifer Brady, chociaż ona akurat po tym sukcesie troszkę spuściła z tonu. Zawiedzeni z kolei mogą być na pewno fani Karoliny Pliskovej. Czeszka tylko raz w tym roku osiągnęła pułap ćwierćfinału.

Jak w tym kontekście oceniasz dotychczasowe wyniki Igi Świątek?

Jestem zaskoczony in plus, szczerze mówiąc. Myślałem, że początek sezonu będzie dla niej trudniejszy. Po wejściu w nową rolę i porażce z Alexandrovą, później było naprawdę świetnie. Przegrała wyłącznie ze znakomitymi firmami. Na mojej liście jest w czołowej „5” najlepszych zawodniczek startu sezonu.

Gdyby z powodu pandemii nie było zmian w systemie liczenia punktów, Iga zajmowałaby w tym momencie trzecią pozycję za Garbine Muguruzą i Naomi Osaką.

Tak, chociaż ranking w tej chwili jest tak zaburzony, że chyba same zawodniczki nie do końca wiedzą, które punkty się liczą, dlaczego tak jest… mamy w tej kwestii totalne zamieszanie. Dopiero za jakiś czas się to wyprostuje. Myślę, że to Idze zbyt dużo nie zmienia, bo przy takiej grze i takiej regularności, kwestią czasu jest jak Polka znajdzie się w TOP 10.

Porozmawiajmy jeszcze chwilę o innych polskich zawodniczkach. Jak oceniasz pierwszą część sezonu w wykonaniu Magdy Fręch, Kasi Kawy, Mai Chwalińskiej i Urszuli Radwańskiej? Szczególnie zadowoleni możemy być z wyników tej ostatniej tenisistki.

Podziwiam Ulę przede wszystkim za to, że jej się nadal chce. To już nie jest 15-letnia czy 16-letnia tenisistka, oczywiście, nie jest też osobą bardzo wiekową, miała jednak dużo perturbacji, kontuzji i w pewnym momencie o niej zupełnie zapomnieliśmy. Coś się ruszyło. Nie wiem, czy to nie skończy się powołaniem do reprezentacji na mecz z Brazylią. Nie będę zdziwiony, jeśli tak się stanie. Szkoda mi trochę Magdy Fręch, bo to jest bardzo pracowita tenisistka, nie poddaje się, jeździ po eliminacjach tych dużych turniejów i była tak blisko pokonania w Lyonie Fiony Ferro… Walczyła bardzo dzielnie, mecz trwał prawie 3h, a w trzecim secie prowadziła już 3:0 z dwoma przełamaniami. Kto wie, być może byłby to turniej, w którym zdobyłaby więcej punktów. Takie szanse nie zdarzają się często. Przy całym szacunku dla Magdy, dla Kasi Kawy, nie wiem, czy to są zawodniczki, które kiedykolwiek dotrą do takich pozycji rankingowych, na których jest np. Magda Linette. W ich tenisie jest wciąż sporo ograniczeń. Młoda generacja często gra na większych prędkościach. Każdy wygrany mecz na poziomie WTA 250 to będzie dla Magdy i Kasi super sprawa.

Z tej grupy liczę bardzo na Maję Chwalińską. Mam nadzieję, że jest miejsce dla takiej zawodniczki w TOP 100. Maja gra delikatnie, subtelnie, kombinacyjnie. Loby, skróty, ataki w drugim tempie… tam się wszystko zgadza. Nie ma takiej drugiej zawodniczki, jest niepodrabialna. Pewnym problemem może być jej fizyczność, co pokazują np. jej mecze z Clarą Tauson, która jest o wiele większa, silniejsza i po prostu gra mocniej. Czekam aż Maja będzie grała częściej, w zeszłym roku oglądaliśmy ją bardzo rzadko. Niedawno zmieniła trenera, pracuje z człowiekiem, który w przeszłości trenował m.in. Radka Stepanka i bardzo chwali sobie tę współpracę. Bardzo bym chciał, aby Maja w ciągu najbliższych lat pokazała się w przekazie telewizyjnym. Myślę, że zyskałaby sobie gigantyczną sympatię szerszej publiczności, bo tej dziewczyny po prostu nie da się nie lubić.

Wszyscy chcielibyśmy, aby Maja powoli szła drogą Igi. Po sukcesie tenisistki z Raszyna we French Open, Polskę ogarnął tenisowy boom. Czy podobnie było za czasów Agnieszki Radwańskiej? Jak to oceniasz?

W czasach sukcesów Agnieszki Radwańskiej internet i social media miały dużo mniejsze oddziaływanie. Teraz informacje rozchodzą się błyskawicznie, co oczywiście ma swoje plusy i minusy. Po wygranej Igi w Paryżu sprzedaż rakiet juniorskich w kilku dużych sklepach tenisowych gigantycznie wzrosła. To już daje nam pewien punkt odniesienia.

Na Agnieszkę też był boom. To jest nazwisko, które jest rozpoznawalne na całym świecie. Jej gra była doceniania i lubiana, ale nie pokazywała wszystkiego tak otwarcie jak Iga. Oceniano ją przez pryzmat kortu, a na korcie raczej nie była osobą, która często się uśmiecha, która lubi żartować. Raczej skoncentrowana mina, raczej gesty pojawiały się po akcjach nieudanych niż udanych. Salony, spotkania, media to nie do końca było jej  naturalne środowisko. Agnieszka bardzo ceniła i nadal ceni sobie normalność.

Media społecznościowe dla Igi są czymś naturalnym. Z racji wieku nie zna świata bez internetu. Dla Agnieszki nawiązanie interakcji z kibicami w takiej formie pewnie byłoby większym problemem.

Oczywiście. Niektórzy mają inne potrzeby, niektórzy nie chcą pokazywać swojej prywatności. Iga jest wychowana z telefonem w ręku, Agnieszka niekoniecznie. Iga sama prowadzi swoje social media, ma bardzo dobry kontakt z kibicami, dużo możemy się o niej dowiedzieć. Na pewnym poziomie media społecznościowe stają się obowiązkiem, choćby ze względu na zobowiązania sponsorskie. Jakiś czas temu tak prężnie działających social mediów po prostu nie było. Nie ulega wątpliwości, że mamy dwie dziewczyny bardzo lubiane na świecie. Obie w różnych plebiscytach i klasyfikacjach były doceniane. Iga jest aktywniejsza, Agnieszka wzbudzała przede wszystkim sympatię tenisową, bo poza kortem była raczej cicha i spokojna. To są dwie znakomite ambasadorki naszego kraju.

Dziękuję za rozmowę. Czas skoncentrować się na Miami, pierwsze mecze już we wtorek, 23 marca. Transmisje w serwisie CANAL+ online i na antenie CANAL+SPORT.

Jedziemy z tym Miami! Dzięki.

Rozmawiał Maciej Zaręba